«

»

maj
15

Wszystko co dobre szybko się kończy – czyli słów kilka o Quasinarium wiosennym.

Palące słońce, Pan Jeleń, zalew bez kajaków, podróże autostopem, podziały, rozpady, ponowna integracja i „więcej niż jedno zwierzę” – czyli co tak naprawdę działo się w Górzance. Kto nie był niech żałuje, a kto to przeżył niech się już nie gniewa :)

Przygoda zaczęła się w sobotę 28. kwietnia, kiedy to o godzinie 11:10 rozpoczęliśmy naszą podróż. Trwała ona całe wieki, a przynajmniej tak nam się wydawało, gdyż do pokonania 255 km wiozące nas busy potrzebowały aż 7 godzin. Po dotarciu na miejsce zamieszkaliśmy w naszym jakże przytulnym szesnastoosobowym pokoju, po czym udaliśmy się zwiedzić okolice i nazbierać drewna na ognisko. Posiedzenie przy ogniu rozpoczęło się ok godziny 19, a trwało (przynajmniej dla niektórych) do 1:30. W jego trakcie powstawało wiele planów co do kolejnych dni, nieśmiało przebijały się piosenki i ogólnie panowała bardzo miła atmosfera. Nie zabrakło również ważnych pytań natury egzystencjalnej typu „Jak żyć?” „I co teraz?” „Co robić”. Ok północy dołączyli do nas jak sami o sobie mówili „prości ludzie z Mazowsza” czyli podróżujący po Bieszczadach prawnicy, ale oni również nie znali odpowiedzi na nurtujące nas pytania. I tak oto na spoczynek udaliśmy się z głową pełną obaw, a sercem przepełnionym nadzieją na lepsze jutro.

Drugi dzień w Górzance rozpoczął się leniwie. Dla jednych o godzinie 7, a dla innych o 11, ale nie o to chodzi, żeby teraz komuś coś wypominać więc po prostu napiszę co działo się później. Po śniadaniu zapadła ostateczna decyzja – „Idziemy na kajaki” i tak oto dziesięcioosobowa grupa wyruszyła nad zalew. Pomimo niewielkiej odległości droga nie była łatwa, gdyż palące słońce wykańczało powoli wszystkich, którzy wystawili się na jego działanie. Wołkowyja okazała się nieprzygotowana na najazd turystów. Pomimo najdłuższego w historii weekendu majowego wypożyczalnie kajaków i innych pojazdów pływających postanowiły zaczekać i sezon rozpocząć tradycyjnie po 20 czerwca. Nie przeszkodziło nam to jednak w dobrej zabawie. Panowie w skąpych kąpielówkach wdzięczyli się jak panny na wydaniu, pływali w zalewie i na pontonie, a po pewnym czasie dwóch z nich zdobyło uznanie damskiej części grupy i nowe słitaśne pseudonimy Wafelek i Chrupeczek (ale o tym cicho, bo się znowu obrażą). Dzień minął dość szybko, a wieczorem wszyscy zebrali się na części naukowej naszego wyjazdu i tak ok dwie godziny spędziliśmy na wygłaszaniu i wzajemnym słuchaniu referatów siedząc w cieniu schroniska. Po części naukowej przyszedł czas na ognisko i wielką integrację. Siedzieliśmy do rana a jego ukochana… a nie to nie tak było. Siedzieliśmy do rana jedliśmy kiełbaski i pieczone ziemniaki, aż w końcu padł ten wyczekiwany przez wszystkich pomysł wspólnego śpiewania piosenek. Najwytrwalsi spać poszli ok 4 nad ranem, co nie przeszkodziło nikomu w pobudce o świcie. Rankiem trzeciego dnia Quasinarium nastąpił nieoczekiwany całkowity rozpad grupy. Izolująca się od reszty trzyosobowa podgrupa, która do tej pory planowała wszystko odmiennie od reszty nikogo nie zaskoczyła swoim wyjazdem do położonego ok 10 km od Górzanki Polańczyka, jednak oderwanie się od dziesięcioosobowej grupy właściwej podzbioru dwuelementowego zaskoczyło wszystkich. Nie przeszkodziło to jednak grupie trzymającej władzę w zdobyciu pobliskiego szczytu. Po drodze przygód było co niemiara. Oferowana nam przez Wafelka i Chrupeczka wycieczka na Wierch zacienionymi i łatwymi szlakami okazała się drogą przez mękę. Palące słońce i brak jakiegokolwiek zacienionego miejsca już na początku wyprawy zebrały swoje żniwo doprowadzając do rezygnacji dwóch uroczych niewiast. Dalsza droga nie była łatwiejsza, a atak zaskrońca (taaaakiego wielkiego) wcale jej nie ułatwił. Ale co by nie mówić po dotarciu na szczyt wszyscy zgodnie stwierdzili, że warto było tak się męczyć. Po chwili błogiego lenistwa i napawania się widokami odbyło się spotkanie na szczycie – czyli jedyna słuszna partia Blefa. I nie jest ważne kto wygrał, a kto przegrał, bo ja i tak uważam, że mnie oszukano :) Gdy nastał czas powrotu spotkaliśmy pana jelenia (i wcale nie musieliśmy spać w tym celu w paśniku). Droga powrotna była jeszcze bardziej męcząca. Słońce nie ustępowało ani na chwilę, cień był chyba na przeciwnej półkuli, a nasi przewodnicy dwukrotnie wmawiali nam, że „to jest właściwa droga” po czym trzeba było wracać i jednak iść tą drugą. No ale co by nie mówić dzień zaliczyć można do udanych. Wieczorem podjęte zostało kolejne postanowienie „O czwartej pobudki i idziemy na wschód słońca”. Błędem było jednak podjęcie decyzji o terapii grupowej czyli grze w psychologa, która zakończyła się ok godziny pierwszej w nocy. Z tego właśnie powodu na wschód słońca wyruszyła drużyna pierścienia w bardzo okrojonym składzie bo nie było z nami nawet Gandalfa. Co by jednak nie mówić warto było się poświęcić i wspiąć się na szczyt góry, żeby ujrzeć jak słońce wschodzi nad zalewem i okrywa świat swym blaskiem i ciepłem. Czwarty dzień był przełomowy bowiem schronisko w Górzance opuściły dwie niewiasty i kołowy włóczykij. Nie było to jednak łatwe, gdyż PKS, którym planowali jechać postanowił jednak nie przyjeżdżać i trasę Górzanka – Lesko (czyli ok 25 km) pokonać musieli autostopem. Reszta grupy (oczywiście poza drużyna pierścienia z której wyłamał się tylko krasnolud) spala sobie w najlepsze niemal do południa. Gdy już wszyscy się wyspali i najedli zapadła decyzja o ponownym wyjściu nad zalew. Dzieląca schronisko od zalewu odległość doprowadziła do podziałów bo jak tu złapać stopa dla siedmiu osób naraz. Po dotarciu do miejsce jedni zajęli się pontonem, a inni? No właśnie nie wiem co powinnam napisać, bo grupa podzieliła się na tak wiele małych podgrup, że opisanie przygód każdej z nich jest dla mnie niewykonalne. Napiszę zatem tylko tyle, że jedni siedzieli nad zalewem, inni chodzili po górach, a jeszcze inni zamknęli się przed parzącym słońcem w schronisku. Natomiast dwie nieśmiałe białogłowy podróżowały stopem po okolicy. Wieczorem grupa znowu się podzieliła. Część pojechała na koncert Baciarów do Polańczyka bo szczęśliwie trafiliśmy na Dni Gminy Solina, a reszta postanowiła zintegrować się z innymi mieszkańcami schroniska (tymi pełnoletnimi, bo krzyczących dzieci wszyscy już mieliśmy szczerze dość) grając w mafię, sabotażystę i inne gry integracyjne.

Ostatniego dnia wszyscy mieli wstać o świcie i wyruszyć do Soliny na zwiedzanie tamy i wejść na ostatni szczyt – Jawor. Jednak nie wszyscy stanęli na wysokości zadania i ostatecznie pojechaliśmy w piątkę. Dzień minął dość leniwie, ale po tylu atrakcjach w ciągu kilku ostatnich dni trochę lenistwa się przydało. O godzinie 13:00 wsiedliśmy do autobusu i już po niespełna siedmiu godzinach byliśmy w Krakowie.
I w ten oto sposób Quasinarium Wiosenne 2012 przeszło do historii, ale to, co się tam wydarzyło na zawsze pozostanie w pamięci uczestników wyjazdu.