«

»

maj
30

Quasinarium Wiosenne – relacja (z przymrużeniem oka)

To był maj, więc jak co roku w pierwszy, długi weekend miesiąca odbyło się Quasinarium Wiosenne, tym razem w Górzance nad Jeziorem Solińskim.

1 maja grupa członków KMS UJ wyjechała rano w stronę przepięknych Bieszczad, rozpoczynając kolejną Kołową przygodę. Kursowy autobus zabrał nas do Krosna, gdzie mieliśmy się przesiąść na zamówionego busa. Nikt z nas nie wiedział, że podstawiony autobus był fizycznie tym samym, którym wyjechaliśmy z Krakowa, więc niewiele brakło, żebyśmy zafundowali sobie problem z poszukiwaniem transportu, zatrzymał nas kierowca. Pod koniec mieliśmy problem ze znalezieniem schroniska, bo nikt nie pamiętał adresu, na szczęście w autobusie było wi-fi…

Po południu dotarliśmy na miejsce, gdzie od razu zapoznaliśmy się z małym szczeniakiem, Luną. Było ciepło, chwilę posiedzieliśmy sobie pod schroniskiem, ale nie daliśmy rady wytrzymać tak długo. Poszliśmy więc na spacer nad jezioro, gdzie puszczaliśmy kaczki łupkowymi kamieniami, jakich pełno jest nad Soliną (okazuje się, że Śliwa jest w tym bardzo dobry, a rzut mega-kamieniem to dyscyplina Kacpra :) KAMIENIOBOL!). Po drodze graliśmy w kim jestem. Podczas gry okazało się, że Sanchez nie za wiele wie o Zorro, a Kacprowi podoba się Catherine Zeta-Jones (ehh, faceci). Co więcej kilku turystów słyszało jak banda dziwaków (nas :P ) odpowiada facetowi (Kacprowi) „NIE” na pytanie: „Czy jestem mężczyzną?”

Wieczorem odbył się pierwszy referat, podczas którego Maciek Brzeski opowiadał o przekształceniach izometrycznych (obrotach) i wspólnie z uczestnikami rozwiązywał zadania z geometrii (pozdrowienia dla Pana Dra Pogody!).

Po referacie wybraliśmy się na wspólne śpiewanie przy gitarze do ludzi z Uniwersytetu Rzeszowskiego, którzy spali piętro niżej. Było mnóstwo zabawy, Zombie w wykonaniu Justyny, i Kacper śpiewający szanty… Po powrocie do pokoju wieczorny murzyn zakończył dzień pierwszy.

Następnego dnia znów wybraliśmy się nad Solinę, gdzie popływaliśmy sobie na kajakach i rowerkach. W tym roku nie doszło jednak do nieautoryzowanego użycia sprzętu :P . Tego dnia odkryliśmy też dla koła nową grę: 7 cudów świata, gdzie Sanchez grał głównie na atak, i nazwał Kacpra żydem, gdy ten wygrał rozgrywkę dzięki zebranym monetom. (Perełka z którejś rozgrywki: Sanchez: Ty tego nie masz więc muszę kupić u żyda).

Potem odbył się drugi referat, podczas którego Justyna zajęła się problemem łańcuchów Markowa w dziedziczeniu, czyli o tym jak Gregor Mendel „wynalazł” zasady dziedziczenia cech i jak to można komunikować się z samym sobą.

Trzeciego dnia zaplanowana została mała wycieczka piesza, która niestety do skutku nie doszła. Powodem była zła pogoda oraz mały wypadek, który przydarzył się Justynie. Na szczęście nic poważnego się nie stało, ale szwów i tak gratulujemy.

Około godziny dwudziestej odbył się ostatni referat – Kacper mówił o bazach Groebnera, a potem zasiedliśmy do planszówek. Ponadto został otwarty Quasinariowy Salon Fryzjerski „Nicia” – zaczęło się od zaplatania warkoczy Monice i Justynie, a skończyło na tym, że zaplatałam Sanchezowi koronę na głowie, gdyż ten chciał poczuć „Tymoszenko-style” (już nigdy nie założę z góry że jakaś fryzura może być typowo dziewczęca/kobieca).

W niedzielę rano rozstaliśmy się z Bieszczadami by wrócić do szarej, krakowskiej rzeczywistości. Wspomnienia zostały i chyba wszyscy się zgodzą, że Quasinarium było udane, a już na pewno pełne zabawnych perypetii.