«

»

lis
17

Quasinarium 2011 – relacja

Quasinarium jesienne 2011 jest już za nami. Szczęśliwie wszyscy przeżyli (przynajmniej wszyscy uczestnicy). Są pewne wątpliwości co do jednego drzewa, które w tajemniczych okolicznościach uległo złamaniu, ale o tym lepiej nie mówić…

Działo się wiele. Nauczyliśmy się jak machać jedną nogą tak prosto do góry, natomiast drugą tak troszkę do tyłu, przy jednoczesnym podskoku i tak, żeby wylądować bezpiecznie i płynnie kontynuować tą nietrywialną sekwencję ruchów zmieniając nogi. Niektórym dane było dowiedzieć się, że jak ktoś oznajmia, że wycieczka w góry będzie trwała 6 godzin, a drugi komentuje: „Nie, nie, nie, to na pewno jest mniej, o popatrz jaka ta pętelka na tej mapie mała – zajmie nam to 3,5 godziny”, to nie oznacza to, że będziemy szli 5 godzin, bo ta pierwsza osoba mogła kłamać (wg mapy było ponad 7 godzin), a druga osoba tak tylko sobie mówiła cokolwiek, a w rezultacie wycieczka trwała 8 godzin i to przy dobrych wiatrach, i o ile nikt się nie pogubił ani nie został w tyle, więc może lepiej było wyjść wcześniej niż o 11, zważywszy na fakt, że o 17 jest już ciemno :)

Parę rad survivalowych:

  • Jeśli znalazłeś się w środku gór, po zmroku i bez oświetlenia – znajdź źródło światła.
  • Jeśli znalazłeś się w środku gór, po zmroku i bez oświetlenia i nie znajdujesz źródła światła, a nie masz siły już iść dalej – znajdź samochód.
  • A jeśli znalazłeś się w środku gór, po zmroku, bez mapy, na nieznanej ścieżce i bez szlaku, ale masz siłę iść dalej – znajdź szlak.
  • A jeżeli znalazłeś się w środku gór, poza szlakiem, bez mapy, na nieznanej ścieżce i nie znalazłeś nigdzie szlaku, chociaż szukałeś, ale wiesz, że ścieżka, na której się znajdujesz jest oblodzona i pełna dużych kamieni, to dla osoby siedzącej z mapą w ciepłym schronisku, do której zadzwonisz z zapytaniem „gdzie jestem?”, informacja ta będzie niewystarczająca. Rada na wtedy – idź w stronę księżyca!
  • Natomiast jeżeli znalazłeś się przed prostą, z przeliczalną liczbą rzutek i zakładasz prawdziwość hipotezy continu… nie, zaraz… to nie na temat ;)

Z pozytywnych wiadomości; bomby atomowe nie są na tyle mocne, by zniszczyć całą Ziemię.

Dobrze. A teraz po kolei:

W Węgierskiej Górce zawitaliśmy w piątek po 13 i zadomowiliśmy się szybko w wynajętym domu. Po wyjściu na pizzę nastąpił czas na referaty. Marek Markiewicz opowiedział o wielościanach absolutnych, a Tomasz Kołodziejski zmagał się z teorią wymiaru. Po rozkoszach łamania głowy przyszedł czas na inne rozkosze i tak o to miały miejsce pierwsze (chyba pierwsze) w całej historii quasinariów warsztaty z tańca irlandzkiego, poprowadzone przez Dorotę aka Dudu, po których przyszedł czas na półtorej godzinny trening jogi połączony z relaksacją, usilnymi staraniami o zapadnięcie oczu do wnętrza czaszki i dla tych z lepszą wyobraźnią, oddychaniem w miejsca gdzie boli ;)

Sobota była czasem przeznaczonym na wycieczki. Góry, spacery i dla co poniektórych (mianowicie tych, którzy pomyśleli i wyruszyli w góry wcześniej, lub też np. no nie wiem, nie pogubili się w lesie i nie szukali dróg w kierunku księżyca) możliwość wysłuchania referatu Dominika Wrany o Czarnobylu i Piotra Maślanki o sylogistyce, któremu to niestety nie udało się obalić całej matematyki, ale chęci były i to się liczy :) Z mojej strony mogę dodać tylko tyle, że pewnym spóźnialskim, którym załapanie się na referaty nie było dane, na otarcie łez może służyć fakt, że innym nie było dane delektowanie się wyśmienitą herbatką po góralsku („You can drive after it, and than its like; mr. policemen, it’s just a herbatka!” ).

W niedziele w atmosferze ogólnego rozluźnienia i towarzystwie lekkich zakwasów wysłuchaliśmy Kuby Pochrybniaka, który opowiedział nam trochę i ciekawie o bombach atomowych, a następnie za sprawą referatu dr. Jakuba Byszewskiego dowiedzieliśmy się o niektórych konsekwencjach hipotezy continuum. Tak było! A w pociągu powrotnym tradycyjne kalambury :)

Koniec.